Reklama

Biały Kruk 2

Kapłan i patriota

2018-03-21 09:42

Kamil Krasowski
Edycja zielonogórsko-gorzowska 12/2018, str. IV

Karolina Krasowska
O. Leander Henryk Kubik spoczywa w Nowym Kramsku u boku swej matki

„Polska stoi dziś na straży własnej wartości i honoru Europy. Więcej niż kiedykolwiek potrzeba nam hartu ducha, zdrowia i tężyzny moralnej, jeżeli chcemy wytrwać zwycięsko aż do końca” – tak w jednym z grypsów w śledczym więzieniu gestapo w Rawiczu pisał aresztowany w Wielki Piątek 1941 r. o. Leander Henryk Kubik – benedyktyn, który skatowany przez hitlerowców zmarł 14 października 1942 r. w więzieniu we Wronkach. Słowa te wydają się być dzisiaj tak bardzo aktualne wobec coraz bardziej postępującej relatywizacji Europy i potrzebującego nawrócenia świata

Dziś, jak nigdy wcześniej, potrzebujemy mocnych i wyraźnych autorytetów kapłanów, swoim życiem nauczających wierności Panu Bogu, Kościołowi i Ojczyźnie. Kapelan Czarnego Legionu bez wątpienia był i wciąż jest dla nas takim świadkiem, a szczególnie teraz, kiedy obchodzimy 100. rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości.

Ojciec Leander

Henryk Kubik urodził się 4 stycznia 1909 r. w Starym Kramsku (parafia Nowe Kramsko) na Ziemi Babimojskiej. Był trzecim z siedmiorga dzieci Marianny i Karola Kubików. Jego ojciec był rolnikiem, zaś matka zajmowała się gospodarstwem domowym. Małemu Henrykowi przyszło dorastać w czasach, kiedy Polska znajdowała się pod zaborami, a Stare i Nowe Kramsko, jak i cała Ziemia Babimojska, były pod panowaniem pruskim. Dzięki Kościołowi i duchowieństwu mieszkańcy parafii oparli się jednak ponadstuletnim, silnym wpływom germanizacyjnym i zachowali swój język ojczysty, silną wiarę katolicką, kulturę i polski charakter. W 1915 r. 6-letni Henryk rozpoczął naukę w niemieckiej szkole podstawowej w Starym Kramsku. Przeżył też pierwszą tragedię – śmierć ojca na froncie pierwszej wojny światowej pod Białymstokiem. Odtąd wychowaniem dzieci zajmują się matka i wuj Walenty Kubik. Po ukończeniu szkoły podstawowej w 1919 r. przyszły kapłan kontynuował naukę kolejno w polskim gimnazjum w Wolsztynie, Pyzdrach oraz gimnazjum prowadzonym przez Ojców Oblatów w Lublińcu. W 1929 r. wstąpił do Niższego Seminarium Duchownego we Włodzimierzu Wołyńskim, a w listopadzie tego samego roku przyjął obłóczyny na seminarzystę. Stamtąd w 1930 r. został przeniesiony do Wyższego Seminarium Duchownego w Łucku, gdzie przez rok studiował filozofię. Idąc za głosem powołania, wstąpił do Zakonu Świętego Benedykta w Lubiniu i tam w styczniu 1933 r., po ukończeniu postulatu i nowicjatu, złożył pierwsze śluby zakonne, przyjmując imię Leander. Po złożeniu ślubów zakonnych studiował w klasztorach w Grüssau (Krzeszów), Beuron i Emaus w Pradze, gdzie 6 czerwca 1937 r. otrzymał święcenia kapłańskie z rąk legata papieskiego na Czechosłowację abp. Franciszka Rittera. Po prymicjach o. Leander udaje się na pielgrzymkę po sanktuariach maryjnych do Wilna, Częstochowy, Lwowa i Krakowa. Z kolei po powrocie odbiera długo oczekiwane obywatelstwo polskie i kończy studia u Ojców Dominikanów na warszawskim Służewie (1937-38).

To ja jestem

Wybuch II wojny światowej zastał o. Leandra w klasztorze benedyktynów w Lubiniu. Od stycznia 1940 r. zastępował on internowanego proboszcza z Siemowa, a od sierpnia tego roku już na stałe objął tam swoją pierwszą parafię, dzięki czemu uniknął wywózki do obozu. – W Siemowie k. Gostynia daje się poznać jako gorliwy kapłan. Głosi patriotyczne, pełne nadziei kazania. Nie nawołuje do walki, ale zachęca wiernych słowami: „Przetrwajcie, nie upadajcie na duchu; zło nie może wiecznie trwać, to się kiedyś wszystko musi skończyć, tylko zawierzcie Panu Bogu” – opowiada Joachim Niczke ze Starego Kramska, który zbiera materiały i pamiątki związane z o. Leandrem. Jego niezłomna postawa została zauważona przez dowódców Armii Krajowej, wobec czego został kapelanem powstającego w Gostyniu młodzieżowego oddziału AK, tzw. Czarnego Legionu. Oddział wkrótce został zdekonspirowany, a jego członkowie, w tym także ich opiekun duchowy, aresztowani. Świadkiem aresztowania o. Leandra była p. Pelagia Naskręt z Siemowa: „Miałyśmy po 19 lat, był Wielki Piątek 1941 r. Ja i moja już nieżyjąca koleżanka Maria Janicka około godz. 10 przyszłyśmy do kościoła, by posprzątać i ustroić Grób Pański. W kościele były dwie pary nowożeńców oczekujących na spowiedź, które chciały wziąć ślub w Wielkanoc. Po chwili przyszedł do konfesjonału o. Leander. Gdy wyspowiadał młode pary, zaczął odmawiać brewiarz, a gdy pary wyszły z kościoła, wstał, wyszedł z konfesjonału i swoim zwyczajem podszedł do bocznego ołtarza Matki Bożej Bolesnej, ukląkł i zaczął się modlić. Gdy tak się modlił może z 15 minut, nagle z wielkim hukiem prawie jednocześnie otworzyły się drzwi od zakrystii i główne drzwi wejściowe do kościoła. W drzwiach stanęło po dwóch gestapowców w płaszczach, w hełmach, z karabinami. Moja koleżanka, gdy ich zobaczyła, chciała uciekać, ale gestapowcy zagrodzili jej drogę i kazali wracać, więc podbiegła i drżąca przytuliła się do mnie. Gestapowcy stanęli. Rozglądali się po kościele, a zauważywszy klęczącego o. Leandra podeszli do niego. O. Leander wstał i zapytał ich po niemiecku: „Kogo szukacie panowie?”. „Księdza Henryka Kubika” – odpowiedzieli. „To ja jestem” – oznajmił. Wtedy wymierzyli w niego karabiny i powiedzieli: „Jest ksiądz aresztowany” i dwóch gestapowców po bokach i dwóch z tyłu z karabinami gotowymi do strzału wyprowadzili o. Leandra głównym wejściem z kościoła do samochodu i odjechali”.

Reklama

Bo tak czynił Chrystus

O. Leander wraz z innymi aresztowanymi trafił do więzienia w Rawiczu. Bity i torturowany nie przyznał się do działalności w tajnej organizacji; nikogo nie oskarżył, nikogo nie wydał. Słowem, podobnie jak Danuta Siedzikówna „Inka” i wielu późniejszych Żołnierzy Niezłomnych, zachował się jak trzeba. Nie został również oskarżony przez żadnego ze współwięźniów. Tak po wielu latach o. Leandra wspominał jeden ze współwięźniów, nieżyjący już p. Marian Sobkowiak z Gostynia, który zabiegał o pamięć o kapłanie: „Tylko dzięki o. Leandrowi przeżyłem gehennę tego obozu. Byłem bardzo młody, miałem wtedy zaledwie 16 lat; byłem załamany, osamotniony i zrozpaczony. Siedziałem w Rawiczu w celi numer 88, on pod numerem 90. Gdy wybiegaliśmy podczas «wolnej godziny» na spacer, na plac więzienny, ksiądz przebiegał obok mojej celi i wrzucał do niej swoją porcję chleba. Początkowo nie wiedziałem, kto to robi. Ale pewnego razu spóźniłem się z wyjściem z celi i zobaczyłem, że to o. Leander. Spytałem: «Dlaczego ojciec to robi?». «Umartwiam się, aby Bóg miał cię w swojej opiece. Nie martw się. Pan Jezus pościł na pustyni 40 dni, to i ja wytrzymam. A ty jesteś młody, ty musisz żyć» – odpowiedział kapłan. O. Leander wspierał współwięźniów na duchu, zachęcał do modlitwy, rozdawał robione przez siebie medaliki z blachy aluminiowej, krzyżyki z drewna, różańce z nitek i napisane przez siebie modlitewniki. Przekazywał grypsy, które podnosiły współwięźniów na duchu. – Gdy więźniowie narzekali, że są bici i źle traktowani, o. Leander mówił do nich: „Pamiętajcie, módlcie się za swoich oprawców, bo tak czynił Chrystus”, co zawsze powtarzał p. Sobkowiak – mówi Joachim Niczke. 26 października 1941 r.więźniowie zostali przewiezieni z Rawicza do Zwickau, do klasztoru adaptowanego na więzienie. O. Leander działał tu jako duszpasterz więźniów. Organizował wspólne modlitwy, słuchał spowiedzi, udzielał sakramentów; pomagał chorym i potrzebującym, pocieszał, wspierał duchowo. Sam cierpliwie znosił doznawane upokorzenia. 27 kwietnia 1942 r. stanął przed sądem z pierwszą 37-osobową grupą członków Czarnego Legionu. W czasie rozprawy do niczego się nie przyznał, a nikt ze współoskarżonych go nie wydał. Został skazany na 5 lat ciężkiego obozu karnego za to, że umożliwiał przywódcom oddziału spotkania na probostwie i że wiedział o istnieniu organizacji, a nie powiadomił o tym władz okupacyjnych. W więzieniu w Zwickau o. Leander spotkał pięciu beatyfikowanych w 1999 r. przez Jana Pawła II wychowanków Salezjańskiego Oratorium w Poznaniu: Czesława Jóźwiaka, Edwarda Kaźmierskiego, Jarogniewa Wojciechowskiego, Franciszka Kęsego i Edwarda Klinika, którym udzielił ostatnie rekolekcje w ich życiu. 24 sierpnia 1942 r. w Dreźnie wykonano na nich wyrok śmierci przez ścięcie. W drugiej rozprawie przed sądem stanęła grupa 42 członków Czarnego Legionu. 13 maja 1942 r. w Zwickau 12 z nich zostało skazanych na karę śmierci przez ścięcie. Najmłodszy, Jan Kaźmierczak, miał zaledwie 17 lat. O. Leander bardzo głęboko przeżył ten fakt. Świadczy o tym wyryty z tyłu krzyżyka jego osobistego różańca napis „PAX Zwickau 13 V 1942”. Zachowane listy pożegnalne Czarnolegionistów i Pięciu Błogosławionych Młodych Salezjan, pokazują, jak wielkie znaczenie miała duszpasterska działalność o. Leandra wśród współwięźniów, ponieważ tuż przed śmiercią nie było w nich rozpaczy, natomiast głęboka wiara i nadzieja.

Epilog

20 maja 1942 r. o. Leander został przewieziony z Zwickau do więzienia w Darmstadt, następnie do Dieburgu i Wronek. Tu na 3 tygodnie przed śmiercią odwiedziła go matka. Zrozpaczona poczęła robić mu wyrzuty, że zaangażował się w Czarny Legion, wiedząc dobrze, czym to grozi. Na co o. Leander jej odpowiedział: „Dobrze, matko, wiesz, że nie mogłem tych chłopców zostawić samych. Bez opieki duchowej i bez Boga”. Wyczerpany pracą ponad siły zmarł 14 października 1942 r. Trumnę ze zwłokami sprowadzono do Starego Kramska 17 października, po tym, jak matce kapłana udało się przekupić więziennego urzędnika. Chcąc ostatni raz popatrzeć na syna, złamała zakaz i otworzyła trumnę, w której ujrzała zmasakrowane ciało w roboczym ubraniu. O. Leander został pochowany 19 października na cmentarzu parafialnym w Nowym Kramsku, gdzie obok swej matki spoczywa do dnia dzisiejszego.

Tagi:
kapłan kapłan

W tym roku zginęło już 10 kapłanów w 8 krajach

2018-04-19 16:48

kg (KAI/ilsismografo) / Warszawa

W ciągu 108 dni bieżącego roku (do 18 kwietnia włącznie) w 8 krajach Afryki, Ameryki Łacińskiej, Azji i Europy zginęło już 10 kapłanów, czyli statystycznie średnio 1 duchowny na niecałych 11 dni. Gdyby ta smutna tendencja utrzymała się do końca br., oznaczałoby to, że zginie ok. 35 kapłanów. W ostatnich latach na szczęście liczba księży – ofiar przemocy, choć nadal duża, nie przekracza 30: w 2017 było ich 23, w 2016 – 28, w 2015 – 22 i w 2014 – 26.

дзроман / Foter.com / CC BY

Od wielu lat niechlubny prymat w tej smutnej statystyce dzierży najbardziej katolicki kontynent, czyli Ameryka Łacińska, a na jej terenie zwłaszcza dwa kraje: Meksyk i Kolumbia. W tym roku zginęła tam połowa zamordowanych kapłanów – 5, z czego aż trzech przypada na Meksyk. Tam też doszło do ostatniego, jak na razie, zabójstwa: 18 kwietnia w mieście Cuautitlán Izcalli koło stolicy zginął 50-letni ks. Rubén Alcántara Vásquez Jiménez.

W Afryce śmierć ponieśli trzej kapłani – po jednym w Malawi, Republice Środkowoafrykańskiej i Demokratycznej Republice Konga oraz – również po jednym – w Azji (w Indiach) i w Europie (Niemcy).

Przyczyny mordowania duchownych są różne, choć najczęściej mają podłoże rabunkowe, ale zdarza się, że księża giną z powodu swego zaangażowania społecznego, np. występując w obronie biednych, których bogaci właściciele ziemscy usiłują pozbawić ich własności.

Oto wykaz tegorocznych ofiar przemocy wymierzonej w duchowieństwo katolickie:

Afryka – 3 osoby

Ks. Tony Mukomba (Malawi; zginął 18 stycznia) Ks. Joseph Désiré Angbabata (Republika Środkowoafrykańska; 22 marca) Ks. Etienne Nsengiunva (Demokratyczna Republika Konga; 8 kwietnia)

Ameryka – 5 osób

Ks. Germain Muñiz García (5 lutego) Ks Iván Añorve Jaimes (5 lutrego) Ks. Rubén Alcántara Díaz (18 kwietnia) – wszyscy z Meksyku Ks. Dagoberto Noguera (Kolumbia; 10 marca Ks. Walter Osmir Vásquez Jiménez (Salwador; 29 marca)

Azja – 1 kapłan

Ks. Xavier Thelakkat (Indie; 1 marca)

Europa – 1 duchowny

Ks. Alain-Florent Gandoulou (Niemcy; 22 lutego)

Ponadto w Republice Środkowoafrykańskiej znaleziono 2 marca zwłoki ks. Florenta Mbulanthie Tulantshiedi (znanego też jako Florent Tula), a chociaż na jego ciele stwierdzono oczywiste ślady tortur, nie uznano go za ofiarę zabójstwa.

Trzeba również pamiętać, że 20 marca utonął w Oceanie Indyjskim u wybrzeży Tanzanii polski misjonarz, niespełna 35-letni o. Adam Bartkowicz ze Zgromadzenia Misji Afrykańskich. Jego śmierć, choć także gwałtowna, nie była jednak spowodowana zabójstwem.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Cuda dzieją się po cichu

2018-03-16 16:16

Jolanta Kobojek

Grzegorz Gadacz
Anity Czupryn (z lewej )i o. Melchior Królik, paulin

Wszystko zaczęło się 8 lutego 2017 r. Przedstawiciele "Frondy" gościli na Jasnej Górze i słuchając o wydarzeniach, które dzieją się w tym Sanktuarium, w głowie prezesa wydawnictwa, Michała Jeżewskiego narodził się pomysł, by powstała na ten temat książka.

Zadanie to zlecił publicystce dziennika „Polska The Times”, autorce artykułów o tematyce społecznej, wywiadów z politykami oraz osobistościami ze świata nauki i kultury, Anicie Czupryn. Dziennikarka zaczęła regularnie przyjeżdżać do Częstochowy i zagłębiać się w czytanie wpisów z "Jasnogórskiej Księgi Cudów i Łask". "

- Kiedy to czytałam, wzruszałam się niesamowicie - to było takie autentyczne, bez wymyślnych ozdobników i wszystko zakończone happy endem" - podkreśla Czupryn. A wszystkie te pozytywne historie opisywane przez jasnogórskiego archiwistę przeplatały się z osobistymi trudnymi doświadczeniami autorki. W tym samym bowiem czasie mama Anity Czupryn usłyszała diagnozę, że prawdopodobnie choruje na raka. Córka więc poczuła w sobie podwójną misję – już nie tylko napisanie książki o cudach zdziałanych przez pośrednictwo Matki Bożej, ale także modlitwę za jedną z najbliższych sobie osób.

Dziennikarka przyznaje także, że im bardziej wczytywała się w dokumenty i relacje ludzi, tym bardziej doświadczała pocieszenia, nadprzyrodzonej siły i pojawiało się wiele głębokich przemyśleń. „W naszym życiu nawet te najmniejsze rzeczy mają ogromne znaczenie. Ona są po prostu cudami, które mają otworzyć nam oczy i przebudzić nas z tego codziennego letargu”- wyjaśnia Czupryn.

Grzegorz Gadacz

Czas spędzony nad kartami archiwalnych kronik był także okazją do wielu refleksji nie tylko natury religijnej, ale też socjologicznej czy historycznej. „W relacjach świadków widać bowiem, jak w soczewce historię naszego kraju – to, jak zmieniała się Polska od początków XX wieku przez okres II wojny światowej, ponure czasy ustroju totalitarnego i bezwzględnych działań SB po moment transformacji aż do czasów najnowszych” – pisze autorka we wstępie do swojej ksiązki.

„Cuda dzieją się po cichu” to publikacja, która składa się z dwóch integralnych części – pierwsza przedstawia cuda i łaski, jakie wydarzyły się od początku XX wieku, a druga – to rozmowa autorki z o. Melchiorem Królikiem, paulinem, jasnogórskim archiwistą, który od ponad 40 lat jest opiekunem „Jasnogórskiej Księgi Cudów i Łask”.

Ponad 340-sto stronnicowa książka kończy się jakże podsumowującym wszystko podziękowaniem: „Przy Jasnogórskim Obrazie Matki Bożej. – Jasnogórska Matko! Jakże wdzięczna Ci jestem za wszystkie łaski. I za łzy”.

Grzegorz Gadacz
Jasnogórska Księga Cudów i Łask
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Posłowie PiS popierają aborcję?

2018-04-24 07:23

Artur Stelmasiak

Niektórzy posłowie Prawa i Sprawiedliwości coraz mocniej krytykują obywatelski projekt ustawy zakazujący eugeniki prenatalnej. Personalnie atakując Kaję Godek, atakują prawie milion obywateli oraz Kościół, który stanowczo popiera projekt #ZatrzymajAborcję.

Artur Stelmasiak

Niestety wygląda na to, że Prawo i Sprawiedliwość ustami swojej posłanki dystansuje się od obywatelskiego projektu "Zatrzymaj Aborcję". Choć projekt zakłada jedynie zakaz aborcji eugenicznej, to Joanna Lichocka podczas spotkania w Bochni określiła go mianem "nieludzkiego". Jest to pierwsza tak bardzo proaborcyjna wypowiedź polityka PiS.

Pani poseł przypomnę, reprezentuje partię, która do tej pory odwoływała się wartości chrześcijańskich i przez cały okres długiej opozycji zawsze głosowała za życiem. Można powiedzieć, że projekt ZatrzymajAborcję został napisany na życzenie PiS i pod jego dyktando. Przecież prezes Jarosław Kaczyński wielokrotnie mówił o tym, że jest za zakazem aborcji eugenicznej. Pod tym projektem publicznie podpisał się marszałek Sejmu Ryszard Terlecki. I pani mówi mi teraz, że prezes PiS i marszałek z PiS popierają "nieludzkie" prawo. Przecież to są słowa wyjęte z ust feministek, posłów PO i Nowoczesnej. Pani poseł życie ludzkie jest ważniejsze, od życia zwierząt futerkowych, których pani tak zaciekle broni.

Na naszych oczach dokonuje się przemiana Prawa i Sprawiedliwości. Partia coraz bardziej ochoczo toleruje, a nawet wspiera pomysły lewicowe i jednocześnie krytykuje wartości konserwatywne i katolickie. Atak na Kaję Godek i jej środowisko jest przecież atakiem na mnie i na innych katolików, którzy na serio traktują nauczanie Kościoła, ale także potrafią oceniać osiągnięcia medycyny, biologii i genetyki. Mówienie, że ochrona dzieci podejrzanych o chorobę lub niepełnosprawność jest "nieludzkie" źle świadczą o sumieniu człowieka, który je wypowiada. Natomiast mówienie o tym, że projekt Zatrzymaj Aborcję "jest bardzo radykalny, bo zakłada nadrzędność interesów dziecka nienarodzonego nad życiem i zdrowiem kobiety", albo wynika z niewiedzy, albo jest zwykłym kłamstwem i celową manipulacją. Obywatelski projekt zakłada zakaz aborcji eugenicznej, czyli ochronę życia dzieci, które w żaden sposób nie zagrażają życiu i zdrowiu kobiety.

Chciałbym zaapelować do pozostałych polityków PiS, by nie szli tą lewicową i proaborcyjną drogą, którą zmierza prawie cała europejska polityka. Gdy staniecie się partią bez autentycznych wartości, to przegracie zarówno jako politycy, a przede wszystkim, jako ludzie, przyczyniając się do śmierci ponad tysiąca dzieci rocznie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Od oceanu do oceanu - 1%

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem