Reklama

Sklep sakralny

O dobrym uzależnieniu, miłości do pióra i kapłaństwie, Czyli o twórczości Jerzego Hajdugi

2018-03-28 10:57

Marta Wiatrzyk-Iwaniec
Edycja zielonogórsko-gorzowska 13/2018, str. IV

Archiwum ks. Jerzego Hajdugi
Ks. Jerzy Hajduga, kapłan polskiej prowincji Kanoników Regularnych Laterańskich, pracuje w Drezdenku

Poeta to nie zawód, bycie poetą to powołanie. Poeci niezawodowi, czyli tacy, których profesją jest coś innego niż pisanie (choć profesjonalni), piszą przy okazji codziennego życia, powiem nawet więcej – na marginesie życia, jakby komentując je z boku

Nie ujmuje to wcale ważności ich pisarstwu, po prostu, i tutaj umówmy się, zazwyczaj poetą jest się przy okazji wykonywania innego zawodu (tak, ukrywam w tym zdaniu smutną konstatację, że z pisania trudno wyżyć). Gdyby więc zrobić quiz, polegający na odgadnięciu na podstawie wierszy profesji autora tomiku „Jeszcze”, mało kto rozwikłałby tę zagadkę bezbłędnie. Jak to? Ksiądz? Rację miał ks. Andrzej Draguła, który kwintesencję twórczości ks. Jerzego Hajdugi ujął w słowach: „Te wiersze to chyba najbardziej nieksiężowska poezja ze wszystkich znanych mi księży poetów. Próżno szukać tu wierszy religijnych, Bóg nie pojawia się zbyt często, jeśli jest, to raczej Deus absconditus – Bóg ukryty”. Rozwijanie tego wątku byłoby zbędnym truizmem. Wolę w tym miejscu oddać głos samemu poecie, który odkrywa warsztat swojej pracy i tajniki procesu twórczego.

Marta Wiatrzyk-Iwaniec: – Jak wyglądał prapoczątek Księdza pisania i publikowania?

ks. Jerzy Hajduga CRL: – Zaczęło się to już w tzw. młodości, gdy się miało naście lat, wówczas popularne były czasopisma „Na Przełaj” i „Radar”. Wysyłałem wiersze najpierw do tych czasopism, a później już do pism ogólnopolskich, profesjonalnych, literackich typu „Tygodnik Kulturalny”. Trochę byłem stremowany, bo to już było poważne pismo, przecież tam redaktorem był Tadeusz Nowak. Ale kiedy się okazało, że przyjęli moje wiersze, stałem się odważniejszy w ich wysyłaniu. Publikacja pierwszego tomiku poetyckiego była propozycją z zewnątrz. Opublikowałem w Wydawnictwie Miniatura tomik „Nawrócenie św. Augustyna” w 1989 r. Miło wspominam całą otoczkę tego pierwszego wydania.

– Potem były nastepne publikacje aż do najnowszego tomiku „Jeszcze”. Jaki jest sens tytułu i myśl przewodnia?

– Wiersz, jak to wiersz, pisałem pod wpływem chwili, wrażeń, nie było jakiejś specjalnej myśli przewodniej. Kiedy nazbierało się trochę tych wierszy, przekazałem je redaktorowi moich książek, Karolowi Francuzikowi, nota bene jest to mój były uczeń – uczył się przy mnie pisać wiersze i on właśnie redagował później ten tomik. Byłem ciekawy, co wybierze, bo samemu wybierać jest trudno, musi być jakiś dystans, więc zawsze oddaję wiersze w inne ręce. Później była sprawa tytułu. Miałem na myśli własny, ale on wybrał „Jeszcze”. Ktoś by powiedział, że może taki mało poetycki, bo zwykle moje tomiki mają tytuły bardzo poetyckie, typu: „Wynajęty widok” czy „Rozmilczam się na wiele głosów”, a tu jedno słowo: jeszcze. Ja miałem tytuł, który mi pasował jakiś długi czas, a był to tytuł wiersza, który w tomiku występuje jako ostatni: „Będzie dobrze”, ale, niestety, uznałem, że przy dzisiejszej polityce, kiedy się mówi o dobrej zmianie, to mogłoby to być źle odczytane, a nie chciałem wejść w jakieś konotacje polityczne i stąd zgodziłem się na tytuł „Jeszcze”.

– Wiersze Księdza rodzą się czy przychodzą z zewnątrz? Poetą się Ksiądz urodził czy został?

– Myślę, że się urodziłem, bo to „coś”, ten imperatyw pisania, jest w człowieku, to na pewno dar, tego się nie można jakoś nauczyć, a moje wiersze się rodzą z doświadczeń. Coś we mnie zostaje, jakaś fraza, nawet słowo, i robi się taki moment, że się człowiek chce rozpisać. Kiedyś moje wiersze były dłuższe, bardziej rozpisane, teraz lubię formy krótkie, lubię miniatury i lepiej się czuję w tych formach, nie jestem rozgadany na poematy. Próbowałem dłuższych form, wydałem nawet dwa tomy felietonów, ale później już zarzuciłem ten typ pisarstwa. Lepiej się czuję w poezji i krótszych formach.

– Pisanie bierze się z nadmiaru czy niedosytu?

– Nadmiar czy niedosyt... hmm. Chyba i to, i to. Dużo wrażeń to nadmiar, prawda? I to jest twórcze, ale nie jest tak, że od razu zapisuję, bo nie chodzę z piórem i z kartką papieru. Ale później zostaje w człowieku jakiś niedosyt i z czasem sobie dopowiadam, wyobrażam pewne odczucia i wrażenia, zapisuję. Tak powstaje wiersz.


– Napisał Ksiądz pewien wiersz, który nie wszedł do tomiku „Jeszcze”, ale opublikował go Ksiądz na swoim blogu. Nosi tytuł: „Kto pierwszy”.
Przytoczę go tutaj:
wychodzimy z siebie
jak z nałogu
tobie się
udało

Dla mnie piękno tego wiersza zawiera się w tym, że w miniaturowej formie wyraża głębokie treści. Zastanawiałam się po jego przeczytaniu, czy Ksiądz ma odwagę wysłowienia, czy nie boi się posądzeń bądź niezrozumienia, bo to jest wiersz, który odniosłabym do relacji damsko-męskiej, może nawet do jakichś relacji toksycznych...

– Często się zdarza u mnie, że ludzie odczytują moje wiersze nawet jako erotyki. Ja się wcale nie buntuję, bo w moich wierszach rzeczywiście jestem bardzo otwarty w uczuciach i może każdy coś dla siebie odnaleźć. Tak, jestem księdzem, ale chcę, by każdy coś wziął dla siebie po przeczytaniu moich wierszy, i wierzący, i niewierzący, by wiersz potrącił uczucia każdego... By potrącił to, czym ktoś żyje, codziennością, a więc nie tylko sacrum, ale i profanum. Często zauważam, że to się ludziom podoba, że ja, jako ksiadz, piszę w ten sposób, że poruszam struny ludzkich emocji. Ten wiersz długo we mnie siedział, nie mogłem go jakoś wysłowić i w nim się wyrazić, aż przyszedł taki moment, że go uchwyciłem. W tym wierszu jest wiele uczuć, prawda? Myślę, że on jest bliski każdemu i każdy sobie może go na swój język i na swoje przeżycia przełożyć, i niech tak go odczyta, jak chce.

– Tłumaczono Księdza poezję na niemiecki i angielski. Czy pisarstwo pomaga, czy przeszkadza w kapłaństwie?

– Bardzo pomaga! Przede wszystkim, co jest ważne, uwrażliwia mnie na słowo, a wiadomo, że my się posługujemy w kapłaństwie słowem, chociażby homilie itd. Brewiarz i psalmy ukazują piękno i czystość języka polskiego, a język jest często okaleczony i ja, jako poeta, chcę zachowywać to piękno języka.

– Ksiądz poeta czy poeta ksiądz? Jaka jest kolejność?

– Ha, ha... Jeśli to są dary, to najpierw pisałem i publikowałem, prawda? Do seminarium wstąpiłem późno, mając lat 28, a nie jako maturzysta, ale dziękuję przede wszystkim Bogu, że jestem księdzem. Bycie poetą to jest taki dodatek do mojego kapłaństwa, czy w ogóle do człowieczeństwa. Ujmę to w ten sposób: ksiądz i poeta, żeby zachować to, co czuję najbardziej i za co dziękuję najwięcej. Przede wszystkim jestem księdzem, a przy okazji, będąc księdzem, cieszę się, że mogę pisać. Nawiasem mówiąc, to w latach 80. ub. wieku zaczęto czytać i doceniać księży poetów. Ks. Jan Twardowski, ks. Janusz Pasierb. Wcale się nie wstydzę, że jestem księdzem, ale też nie narzucam się kapłaństwem ani w życiu, ani w swoich wierszach. W moim pisaniu duże znaczenie odegrał fakt, że od 12 lat jestem kapelanem szpitala. Do kapelaństwa też trzeba było dojrzeć, polubiłem tę posługę wśród chorych. Właściwe i ta posługa, i równoległe z nią pisarstwo przechodziły pewne etapy. Pierwszy z nich wywołał wiele emocji. Na początku zadręczałem się właściwie cierpieniem, którego byłem świadkiem. Widziałem parafian – ludzi na ulicy, a potem przykutych do łóżka, którzy właściwie czekają już na śmierć. Powstały wiersze, które zebrałem w tomik zatytułowany „Odpocząć od cudu”. Byłem wtedy monotematyczny. Dobrze, że trochę wyszedłem z tego tematu. Dobrze, że teraz odzywają się struny człowieka zwykłego i radosnego, i lirycznego, a nie tylko ściany i łóżka szpitalne. Dalej spotykam się z chorobami, ale już jakbym powrócił do tej swojej nuty codziennej, tej lirycznej, miłosnej, samotnej. Fakt kapelaństwa miał wpływ na pisanie przez jakiś moment, teraz też na pewno ma, ale już mniejszy.

– Czy ma Ksiądz mistrza literackiego?

– Tak, od początku był nim Tadeusz Różewicz oraz Zbigniew Herbert, czyli klasycy. Z eksperymentów słownych – Białoszewski, z księży: Twardowski, Pasierb, z żyjących – Wacław Oszajca, Jan Sachoń, ale jeśli chodzi o księży, to mało jest dla mnie mistrzów. Czytam klasykę, współczesnych piszących poetów. I tak odkryłem chociażby poezję Krystyny Miłobędzkiej. Cenię Świetlickego, Krynickiego, Lipską. Z prozy też zaglądam do klasyków, czytuję ostatnio Myśliwskiego.

– Czy można pisać wiersze w oderwaniu od tradycji literackiej, czy może bawi się Ksiądz postmodenizmem?


– W tym tomiku wychodzi, że lubię się bawić słowem, lubię dźwięk słów, świetnie to zauważył na moim spotkaniu autorskim Karol Francuzik, przytaczając wiersz pt. „Wieczniej”:
nie bo
niebo

Ten tekst trzeba widzieć, trudno o eksperymentach opowiadać, prawda? Francuzik tutaj zauważył te gry słowne, ale to chyba tak mi zostało po Białoszewskim. Lubię zawieszenia i niedopowiedzenia, które zatrzymują, żeby nie było kropki. To otwiera potencjał do wielu odczytań. Nie lubię kropek.

– A co to jest Kotłownia?

– Kotłownia to jest bardzo dobre miejsce. Jest to rzeczywiście kotłownia w podziemiach naszego kościoła. Kilka lat temu, może 10-12, zrobiono tam remont i powstało świetne miejsce. Ówczesny proboszcz zezwolił, by wystawiano tam drobne formy artystyczne, spektakle, odbyło się kilka spotkań autorskich. Wystawiono tam m.in. „Ten pusty krzyż”, do którego napisałem scenariusz. Trzy lata temu pojawił się tam aktor zawodowy, parafianian, Bartek Bandura, który wyżywa się w tym miejscu artystycznie, zapraszając do współpracy kolegów.

– Na Księdza blogu widnieje zdjęcie, w którym trzyma Ksiądz ołówek tak, jak się trzyma papierosa. Czy jest Ksiądz uzależniony od pisania?

– Myślę, że tak, teraz to już tak, teraz by mi tego brakowało. To już jest moja codzienność. Gdybym przestał pisać, to nie byłbym sobą, o, tak bym to powiedział. To mi pomaga, każdy ma jakieś zajęcia, hobby, jedni jeżdżą na ryby, inni robią jeszcze coś innego, a pisanie to jest coś, co mi pomaga żyć, spędzać wieczory, przemyśliwać pewne sprawy związane z kazaniami czy rozważaniami związanymi z kapłaństwem, a wszystko się to tak ładnie łączy. W tym sensie – tak, jestem uzależniony od pisania.

Tagi:
wywiad

U podnóża Tatr po raz 35.

2018-08-28 12:11

Agata Iwanek
Edycja wrocławska 35/2018, str. V

Chłodniejsze poranki i coraz krótsze dni, to znak, że niedługo skończą się studenckie wakacje, ale zanim to nastąpi, dzieje się coś, nad czym ciężko przejść obojętnie. To 35. Obóz Adaptacyjny Duszpasterstw Akademickich Wrocławia i Opola, który w tym roku będzie trwał od 3 do 16 września. O początkach inicjatywy Agacie Iwanek opowiada Wacław Giermek – szef pierwszego obozu

Agata Iwanek
Wacław Giermek – szef pierwszego obozu w Białym Dunajcu

Agata Iwanek: – Jak wyglądały początki legendarnego dziś obozu w Białym Dunajcu?

Wacław Giermek: – Paradoksalnie pierwszy obóz wcale nie odbył się w Białym Dunajcu. W 1984 r. zorganizowaliśmy go w Małym Cichym, a dopiero każdy następny w Białym Dunajcu. W latach 80. Socjalistyczny Związek Studentów Polskich organizował obozy dla studentów pierwszego roku, w obrębie jednego duszpasterstwa, także odbywały się takie wyjazdy, nie była to może żadna nowość, ale pojawił się pomysł zrealizowania takiej inicjatywy wspólnie, między duszpasterstwami. Studenci chcieli zrobić coś dla innych studentów. Moim macierzystym duszpasterstwem było DA Porcjunkula, czyli Franciszkanie na Kruczej, ale nie ograniczałem się do jednego duszpasterstwa. Związałem się również z Dominikanami i z o. Ludwikiem Wiśniewskim, który był tutaj osobą wiodącą, to on nas popierał.

– Dlaczego Biały Dunajec?

– Małe Ciche było zbyt małe. Początkowo w obozie brało udział kilkadziesiąt osób, łącznie z kadrą ok. 80 studentów, natomiast w kolejnym roku było nas już dwa razy tyle, a w Białym Dunajcu były większe możliwości. To miejsce okazało się strzałem w dziesiątkę. Jest pod Zakopanem, więc było taniej, a i komunikacja lepsza. Gospodarze nas zaakceptowali, to wydarzenie się przyjęło, więc po co szukać dalej?

– Biały kiedyś i dziś?

– Przez pierwsze kilka obozów była inna formuła: wynajmowane w wiosce chaty były reprezentowane przez poszczególne uczelnie – zamieszkiwali je ludzie z danej uczelni, ale z innych duszpasterstw, dzięki czemu możliwa była integracja „międzyduszpasterska”. Dzisiaj chaty zamieszkują członkowie tego samego duszpasterstwa. W miarę upływu czasu dołączyły do nas także inne duszpasterstwa akademickie, nie tylko z Wrocławia, ale i z Opola. Zasadniczo obóz cały czas jest dla tych, którzy zaczynają studia, ale jeżeli ktoś jest np. na drugim roku, to też może pojechać, jeśli jeszcze nigdy nie był. Wyjątkowe jest to, że kiedyś dzień na obozie wyglądał mniej więcej tak jak teraz. Rano wyjście w góry, a wieczorem Msza św. My także mieliśmy dzień sportu, festiwal piosenki czy dzień otwartych chat. Jak widać, to weszło w rytm i stało się tradycją. Główny rys nie zmienił się przez lata.

– A jak w czasie stanu wojennego zareklamować obóz akademicki?

– Nie było telefonów, prasy ani żadnej bazy danych, więc do samego procesu rekrutacji wykorzystaliśmy struktury kościelne. Były to ogłoszenia w parafiach. Ogłaszaliśmy Msze św. dla osób zdających na studia i później, na tych Mszach, informowaliśmy o obozie – to była nasza jedyna masowa informacja. I udało się. Ludzie przyszli, zapisali się i pojechali!

– Dlaczego warto pojechać na ten obóz?

– Żeby sprawdzić, czy akurat mi się to podoba. Zawsze można wrócić. Już same góry przyciągają, a niektórzy po raz pierwszy w ogóle jadą w Tatry. Mistyka gór jest niesamowita. Dla gór warto, dla ludzi warto. Poza tym, jak się samemu trafia na studia, to jest ciężko, a jeśli na swojej uczelni zobaczymy kogoś ze starszych studentów, kogoś, do kogo można normalnie podejść i porozmawiać, bo się go zna z obozu, to sprawa już wygląda lepiej. Nie mówiąc o tym, że jest to furtka do duszpasterstwa i faktycznie wielu ludzi tam później trafia. Obóz to jedna z form wejścia w to środowisko. Biały Dunajec otwiera drogę do dwóch źródeł: duszpasterstwa akademickiego i uczelni. Jest po to, żeby nawiązać kontakt z ludźmi o podobnych poglądach. Ja w niedużej grupie na uczelni dopiero po paru latach dowiedziałem się, że koleżanka jest z innego duszpasterstwa, bo w ogóle na ten temat się nie rozmawiało. To było wtedy tabu, tak były te środowiska zamknięte. Dzisiaj jest inaczej i można z tego skorzystać.

Zapraszamy na oficjalną stronę obozu: www.bialydunajec.org

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kalendarz pielgrzyma 2019

Chciałam sprawdzić Maryję – świadectwo z Niepokalanowa

2018-09-19 20:21

Agnieszka Bugała
Kaplica w Niepokalanowie

Na nocne czuwania przed Najświętszym sakramentem w Niepokalanowie przed pierwszą sobotą miesiąca przyjeżdżam już od roku. Wcześniej słyszałam często jak o. Mirosław Kopczewski OFMConv zachęcał do takiej formy modlitwy. Myślałam sobie: to nie dla mnie, nie czułam się na siłach. Bałam się, czy starczy mi sił, czy podołam fizycznie tak czuwać w nocy. (Swoją drogą dziwne te lęki, bo przecież na weselu tańczy się całą noc i siły się znajdują).

Przekonały mnie jednak słowa o. Mirosława o tym, że jak ofiarujesz Matce Bożej jajko, Ona w zamian odda ci kurę, a jeśli podarujesz kurę, Ona da tobie wołu, jeśli ofiarujesz wołu Ona odda ci farmę, a jeśli Maryi ofiarujesz farmę…?

Pomyślałam, że sprawdzę na własnej skórze, we własnym życiu, czy to prawda, czy ta zasada działa, czy rzeczywiście Maryja jest tak hojna. I tak to się zaczęło, od sprawdzenia Matki Bożej, a Ona ze swoim Synem, powolutku lecz dostrzegalnie, przemieniała i nadal przemienia moje przekupne serce i życie.

W czasie adoracji Pan Jezus sam wyznacza co będzie tematem spotkania. Ja daję Mu do dyspozycji czas, samą siebie i ..... dzieje się. Bóg hojnie odpowiada na moją dyspozycyjność wg. zasady: DAR za dar.... Często na adoracji dotyka mnie mocno jakiś fragment z Pisma św., czasem jest to jakiś obraz, a czasem jest tylko cisza, tak bardzo kojąca cisza... Na samym początku czuwania były dla mnie jakby jałowe. Piszę „jakby jałowe”, ponieważ nie przynosiły rewolucyjnych zmian w moim życiu, jednak zawsze dawały pokój, ukojenie i nowe siły.

Teraz za każdym spotkaniem już tęsknię. Czasami łapię się na tym, że już po przyjeździe do domu, czy w połowie miesiąca, myślę o kolejnej adoracji, by móc odpocząć przy Jezusie, tak słodko, tak w milczeniu. Coraz mocniej odczuwam w sercu brak tych spotkań i Obecności Jezusa w Najświętszym Sakramencie w tygodniu, gdy daleko jeszcze do wyjazdu. To niesamowite, jak Jezus słucha naszych pragnień i delikatnie na nie odpowiada, zapraszając do spotkania, do głębszej relacji.

Na rozpoczęcie mojego urlopu pewien znajomy życzył mi dużo wakacyjnego wypoczynku na słonecznej plaży. Uśmiechnęłam się i podziękowałam za życzenia. Nie wiem jak to się stało, ale od razu w mojej głowie pojawiła się myśl, złota myśl: przecież to jest super pomysł, że też sama na to nie wpadłam! Mogę przez całe wakacje spotykać się z Jezusem przed Najświętszym Sakramentem. Nigdy dotąd nie spędzałam tak wakacji!

Złotą myśl wprowadziłam w czyn i słów zachwytu mi brakuje, by opisać jak wspaniałomyślnie Jezus odpowiedział na ten dar codziennych adoracji.

Owocem tych adoracji jest m.in coraz to głębsze poznawanie samej siebie, życie w prawdzie o sobie , o swoim życiu, o moim grzechu. To dzięki tym spotkaniom wiem co jeszcze muszę wyznać na spowiedzi, za co jeszcze nie żałowałam, za co nie zadośćuczyniłam ludziom i Bogu. Dzięki tym spotkaniom Jezus pomógł mi rozeznać, po blisko 20. latach modlitw i próśb, jakie jest moje powołanie… Chwała Panu! Jezus pomaga dostrzec ślady Jego obecności w mojej codzienności i całym moim życiu...

Im więcej, częściej i na dłuższy czas spotykam się z Jezusem na adoracji, tym więcej jeszcze pragnę nabierać przy Nim sił - TO DZIAŁA JAK MAGNES, przyciąganie gwarantowane. I widzę jak Jezus pomaga mi w życiu realizować te pragnienia.

Sprawdziła się zasada: Im więcej dasz, tym więcej otrzymasz...

DAR ZA DAR, MIŁOŚĆ ZA MIŁOŚĆ, CIERPIENIE ZA CIERPIENIE....

I im więcej dasz, tym więcej i bardziej pragnąć będziesz – tak to działa.

Czasami jednak „ktoś mi w głowie myśli” inaczej i zaciemnia wszystko... Przychodzą wtedy chwile niechęci, myślenia typu: Może już starczy tych adoracji? Po co ich tyle? To nic nie daje (mimo, iż mam realne, odczuwalne skutki działania tej modlitwy). Kiedy jednak przychodzę na adorację, mimo zwątpienia i czarnych myśli, to Jezus jak zawsze działa z mocą, pokrzepia ducha i ciało. I często sama się dziwię, że będąc bierna, zmęczona, siedzę tylko w ławce, a Jezus leczy i przemienia to, co we mnie mroczne i ciemne. Zawsze wychodzę z adoracji inna niż przyszłam, bardziej radosna, lżejsza jakaś.

Jaka moc, jaka siła ukryta jest w tym małym kawałku Chleba! Wciąż mnie to zadziwia…

Chwała Panu za wszystkie Jego cuda....
Chwała Panu za wszystkie Jego dary...
Chwała Panu, za Jego nieustanną, uzdrawiającą Obecność...
Dobrze, że jesteś Panie. Dobrze, że jesteś...

Świadectwo Marty udostępnione o. Mirosławowi Kopczewskiemu OFMConv

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Chciałam sprawdzić Maryję – świadectwo z Niepokalanowa

2018-09-19 20:21

Agnieszka Bugała
Kaplica w Niepokalanowie

Na nocne czuwania przed Najświętszym sakramentem w Niepokalanowie przed pierwszą sobotą miesiąca przyjeżdżam już od roku. Wcześniej słyszałam często jak o. Mirosław Kopczewski OFMConv zachęcał do takiej formy modlitwy. Myślałam sobie: to nie dla mnie, nie czułam się na siłach. Bałam się, czy starczy mi sił, czy podołam fizycznie tak czuwać w nocy. (Swoją drogą dziwne te lęki, bo przecież na weselu tańczy się całą noc i siły się znajdują).

Przekonały mnie jednak słowa o. Mirosława o tym, że jak ofiarujesz Matce Bożej jajko, Ona w zamian odda ci kurę, a jeśli podarujesz kurę, Ona da tobie wołu, jeśli ofiarujesz wołu Ona odda ci farmę, a jeśli Maryi ofiarujesz farmę…?

Pomyślałam, że sprawdzę na własnej skórze, we własnym życiu, czy to prawda, czy ta zasada działa, czy rzeczywiście Maryja jest tak hojna. I tak to się zaczęło, od sprawdzenia Matki Bożej, a Ona ze swoim Synem, powolutku lecz dostrzegalnie, przemieniała i nadal przemienia moje przekupne serce i życie.

W czasie adoracji Pan Jezus sam wyznacza co będzie tematem spotkania. Ja daję Mu do dyspozycji czas, samą siebie i ..... dzieje się. Bóg hojnie odpowiada na moją dyspozycyjność wg. zasady: DAR za dar.... Często na adoracji dotyka mnie mocno jakiś fragment z Pisma św., czasem jest to jakiś obraz, a czasem jest tylko cisza, tak bardzo kojąca cisza... Na samym początku czuwania były dla mnie jakby jałowe. Piszę „jakby jałowe”, ponieważ nie przynosiły rewolucyjnych zmian w moim życiu, jednak zawsze dawały pokój, ukojenie i nowe siły.

Teraz za każdym spotkaniem już tęsknię. Czasami łapię się na tym, że już po przyjeździe do domu, czy w połowie miesiąca, myślę o kolejnej adoracji, by móc odpocząć przy Jezusie, tak słodko, tak w milczeniu. Coraz mocniej odczuwam w sercu brak tych spotkań i Obecności Jezusa w Najświętszym Sakramencie w tygodniu, gdy daleko jeszcze do wyjazdu. To niesamowite, jak Jezus słucha naszych pragnień i delikatnie na nie odpowiada, zapraszając do spotkania, do głębszej relacji.

Na rozpoczęcie mojego urlopu pewien znajomy życzył mi dużo wakacyjnego wypoczynku na słonecznej plaży. Uśmiechnęłam się i podziękowałam za życzenia. Nie wiem jak to się stało, ale od razu w mojej głowie pojawiła się myśl, złota myśl: przecież to jest super pomysł, że też sama na to nie wpadłam! Mogę przez całe wakacje spotykać się z Jezusem przed Najświętszym Sakramentem. Nigdy dotąd nie spędzałam tak wakacji!

Złotą myśl wprowadziłam w czyn i słów zachwytu mi brakuje, by opisać jak wspaniałomyślnie Jezus odpowiedział na ten dar codziennych adoracji.

Owocem tych adoracji jest m.in coraz to głębsze poznawanie samej siebie, życie w prawdzie o sobie , o swoim życiu, o moim grzechu. To dzięki tym spotkaniom wiem co jeszcze muszę wyznać na spowiedzi, za co jeszcze nie żałowałam, za co nie zadośćuczyniłam ludziom i Bogu. Dzięki tym spotkaniom Jezus pomógł mi rozeznać, po blisko 20. latach modlitw i próśb, jakie jest moje powołanie… Chwała Panu! Jezus pomaga dostrzec ślady Jego obecności w mojej codzienności i całym moim życiu...

Im więcej, częściej i na dłuższy czas spotykam się z Jezusem na adoracji, tym więcej jeszcze pragnę nabierać przy Nim sił - TO DZIAŁA JAK MAGNES, przyciąganie gwarantowane. I widzę jak Jezus pomaga mi w życiu realizować te pragnienia.

Sprawdziła się zasada: Im więcej dasz, tym więcej otrzymasz...

DAR ZA DAR, MIŁOŚĆ ZA MIŁOŚĆ, CIERPIENIE ZA CIERPIENIE....

I im więcej dasz, tym więcej i bardziej pragnąć będziesz – tak to działa.

Czasami jednak „ktoś mi w głowie myśli” inaczej i zaciemnia wszystko... Przychodzą wtedy chwile niechęci, myślenia typu: Może już starczy tych adoracji? Po co ich tyle? To nic nie daje (mimo, iż mam realne, odczuwalne skutki działania tej modlitwy). Kiedy jednak przychodzę na adorację, mimo zwątpienia i czarnych myśli, to Jezus jak zawsze działa z mocą, pokrzepia ducha i ciało. I często sama się dziwię, że będąc bierna, zmęczona, siedzę tylko w ławce, a Jezus leczy i przemienia to, co we mnie mroczne i ciemne. Zawsze wychodzę z adoracji inna niż przyszłam, bardziej radosna, lżejsza jakaś.

Jaka moc, jaka siła ukryta jest w tym małym kawałku Chleba! Wciąż mnie to zadziwia…

Chwała Panu za wszystkie Jego cuda....
Chwała Panu za wszystkie Jego dary...
Chwała Panu, za Jego nieustanną, uzdrawiającą Obecność...
Dobrze, że jesteś Panie. Dobrze, że jesteś...

Świadectwo Marty udostępnione o. Mirosławowi Kopczewskiemu OFMConv

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem